Brakuje mi Ciebie

Dziesięć lat… Dwadzieścia pięć lat… I cóż to jest? To dużo czasu, czy mało? Zależy, jakie wspomnienia chcesz mierzyć…

Odprawiliśmy dziś panichidę (msza żałobna za zmarłych w cerkwi, czyli kościele prawosławnym) za moją ukochaną Babcię i Mamę. Nie, nie, nie myślcie sobie, że to były matka i córka! To była teściowa i synowa. Teściowa była wyznania prawosławnego, synowa katoliczka, ale z tych marnie praktykujących, antyklerykalna w zasadzie. Dwadzieścia pięć lat, a ja pamiętam ten dzień jak dziś. Gorące lato, sobota, drugi lipca. Mam otwarty sklep, ale koło południa coś mnie korci, żeby już zamknąć i pojechać do Babci. Opowiadam się więc moim sąsiadkom, że jakby co, to zapraszam klientów w poniedziałek, i jadę za rzekę, na Pogodno. Pod domem już wiem, że dzieje się coś złego, bo parkują samochody ojca i brata. Byłam u Babci w środę – nie wstawała, ale była w dobrej formie, na bieżąco z dziennikiem telewizyjnym. Biegnę przez ogród. siedem schodków ganku i po schodach na górę, bo Babcia nie chciała przenieść się na dół, nawet po złamaniu kości biodrowej… Naprzeciw wybiega mi Mama, łapie mnie żelaznym uściskiem i mówi, że Babcia umarła, że czeka na mnie, ale już nic mi nie powie…

Krzyczałam. Pamiętam. Dlaczego na mnie nie poczekałaś?! Przecież miałaś mi jeszcze powiedzieć?! I co ja teraz zrobię, skoro nie wiem?

Babcia jest w zielonej sukience. Nie pamiętam, czy tej chciała, ale przecież Ciotka na pewno wie lepiej… Chciała, by na głowę nałożyć Jej koronkowy szal. Mówię o tym Ciotce klęcząc obok tapczanu, ale przecież nikt mnie nie słucha, wszyscy chcą mnie ukoić w rozpaczy… Miałam wówczas 39 lat…

Jeśli ktoś ma takie szczęście, że ma Babcię, t a k ą  babcię, przez całe życie, musi za to zapłacić cenę. Ceną jest ból. Bo ceną za chwile szczęścia jest smutek po nich.

Śmierć mojej Matki spadła na mnie, jak grom z jasnego nieba.

Codziennie z pracy zajeżdżałam do Rodziców, żeby pomoc Mamie przy tacie. Ojciec poddał się parkinsonowi bez walki. Mama miała już serdecznie dość. To był wtorek, 29 czerwca. Kilka dni wcześniej obchodziłyśmy Jej 75 urodziny. Jak zwykle warknęła,  że ma w d…. wszystkie urodziny świata, a ojciec ją wykończy. I – jak zwykle, miała rację.

Telefon zadzwonił około trzeciej nad ranem. Wiedziałam, że to złe wiadomości. Ojciec. Przyjeżdżaj, coś z matką, nie może oddychać. Spodnie, bluza, kluczyki. Pokonuję trasę w siedem minut. Mama kaszle, nie może złapać tchu. Podświadomie rejestruję, że jest szara. Lekarka z pogotowia każe wieźć do szpitala. Mama jest pokorna. Więc jest źle…

Na izbie przyjęć w Zdunowie pan doktor ma wszystko w d….

– Lidusiu, charczy Mama – ciotka pomoże, ojciec… KURWA!!! Czy zaczniecie ją wreszcie ratować?! Siedzę pod drzwiami OIOMu. Lekarz z Izby powiedział, że nie jest dobrze. Zza drzwi dobiega mnie ciągły sygnał. Nie chcę, by mi coś mówili. Niech się pan zamknie, panie doktorze, nic pan nie zrobił, bo miała 75 lat… Nie byłam sprawiedliwa.

Była taka krucha, taka maleńka na stole… Przytulałam Ją, a Ona nie stawiała oporu… Bo póki żyła, na przytulanie odpowiadała oporem… Gdzie jest toaleta, bo za chwilę będę miała pełne spodnie…

Śmierć nie okazuje względów nikomu. Umierający i ten, kto śmierć tę musi przyjąć, traktowany jest bezwzględnie.

Mijają lata. Czas leczy rany. Nieprawda.

Jednej i drugiej brakuje mi jak powietrza. Nigdy nie przyzwyczaję się, że Ich nie ma. Co z tego, że przychodzą do mnie nocą i przytulają mnie, jak nigdy za życia… Bez nich moje życie, to tylko połowa życia…

Modlę się za obie w cerkwi i w kościele, i wierzę, że kiedy przyjdzie mój czas, zaraz za bramą, za plecami świętego Piotra będą czekały tam obie. A między ich kolanami będzie wystawać łebek mojej Koruni…

Tak mi Cię brakuje, Mamo… Babciu…

Reklamy

Moja wina

Obiecałam sobie, że na moim blogu nie zaistnieją tematy wykraczające poza ramy zwykłych codziennych spraw zwyczajnych ludzi. Obiecałam sobie nie zabierać głosu w sprawach mogących dzielić, antagonizować, budzić emocje inne niż wzruszenia piękną chwilą, bliskością drogiego człowieka, śpiewem ptaka przed świtem…

Obietnice jednak nie wytrzymują próby zderzenia z brutalną rzeczywistością i dlatego nie ja jedna – choć żadna to okoliczność łagodząca – łamię ją w obliczu dziejącego się zła.

O tym, że świat nigdy nie stanie się elizjum, wiem nie od dziś, bo i żyję nie od wczoraj. Naiwne młodzieńcze wyobrażenia świata bez wojen, złych ludzi i niesprawiedliwości są tak piękne jak niemożliwe do zrealizowania, ale ci, którzy je posiadają, dają nadzieję na lepsze jutro. Ciągle tak odległe jutro…

Dojrzewanie do demokracji to proces trudny i bolesny, jak każdy proces wychowawczy. Demokracja nie jest idealnym ustrojem społecznym, jednak jak dotąd nie wymyślono niczego lepszego. Unia Europejska nie jest najlepszą wspólnotą, ale jakie jest lepsze rozwiązanie w świecie globalnej wioski? Nie potrafię wskazać  alternatywy.

Kiedy runął mur berliński, kiedy zostaliśmy państwem wspólnoty, czułam, że rosną mi skrzydła. Zaraz następnego dnia wsiedliśmy z Bezterminowym Narzeczonym w samochód i pojechaliśmy do Niemiec tylko po to, żeby swobodnie przekroczyć granicę, bez paszportu, bez pieczątki w dowodzie. Żeby poczuć fizycznie tę wolność bez granic i żelaznej kurtyny. Tę granicę przekraczało się bez paszportu wielokrotnie w czasach DDR-u, ale to było coś zupełnie innego…

Taki ogromny krok naprzód, nareszcie z wolnym głosem w wolnej Europie…

A teraz ta śmierć, która cofa nas o lata świetlne, grzebie wszystkie osiągnięcia, bo odbiera nam szacunek innych państw wspólnoty i stawia nasz kraj w rzędzie bananowych republik.

Każda śmierć jest tragedią, śmierć zadana w politycznym interesie jest tragedią, której nie złagodzi żadna żałoba. Bliscy pana Adamowicza po kres swoich dni będą zadawać sobie pytanie: dlaczego? Ich życie już nigdy nie będzie takie, jak przedtem. Ludzie zapomną, jak zapominają wszystko, co było takie ważne…

Moi prapradziadkowie zostali wywiezieni po powstaniu styczniowym na Syberię. Wrócili z nadzieją, że do wolnego kraju już niedaleko. Mój pradziad walczył w pułku gwardyjskim w pierwszej wojnie z nadzieją, że doczeka Polski. Doczekał. Mój dziad, cudem uwolniony z radzieckiego obozu jenieckiego w 1940 roku, przeszedł szlak bojowy z II Frontem Ukraińskim aż pod Wrocław, gdzie został ciężko ranny. Zasłaniał okna, kiedy chcieliśmy, żeby opowiadał. Milczał na tematy zakazane, by uchronić głupich młodych od nieostrożnie wypowiedzianych prawd. Wierzył, że ówczesny ustrój  nie przetrwa, bo jest niesprawiedliwy u podstaw. Niezależności nie doczekał, zmarł w 1972 roku.

Jakże dzieliła – nas młodych z naszymi rodzicami – idea Solidarności. Każde spotkanie rodzinne kończyło się zażartą dyskusją i podziałami. Tyle wyrzeczeń, tyle trudu… Życie codzienne pełne udręki i pogoni za podstawowymi artykułami. Puste sklepy, wszystko na kartki, i gęba na kłódkę. Jaka byłam szczęśliwa, kiedy po studiach znalazłam pracę w zawodzie… I pierwszym statkiem wracałam z Nowego Orleanu latem 1980 r., bo w kraju strajki i zanosi się na powtórkę z 1970…

Dziś pytam samej siebie i moich przodków, po co było to wszystko, skoro dopuściliśmy do takiej władzy, która nie pojmuje podstawowych wartości, która toleruje łamanie praw i swobód obywatelskich.

Kiedy wyraziłam moje niezadowolenie z wyniku poprzednich wyborów parlamentarnych, Bezterminowy Narzeczony powiedział mi wówczas, że to moja wina, bo na nie nie poszłam.

I dlatego to, co się stało w Gdańsku, to także moja wina…

Tylko sto lat

2055562

Pradziad mój, Aleksander Juchnowski, bombardier-celowniczy 2 baterii Pierwszej Brygady Artylerii carskiej armii, z lewej na fotografii z 1917 roku. To o nim myślałam śpiewając dziś w południe hymn na Wałach Chrobrego (jakże blado i nieśmiało to śpiewanie wypadło, jakby wstydliwie, a przecież hymn to jak krzyk triumfalny gęsi – z trzewi, donośnie, pełnym głosem powinien zabrzmieć).

Nie wiem, na którym froncie walczył Pradziadek, nie opowiadał dzieciom o tym epizodzie (wojna, ładny mi epizod) swojego życia. Może były to Jeziora Mazurskie, bitwa pod Łodzią, katastrofa armii Samsonowa? Na fotografii ma na sobie mundur gwardii – gwiazda gwardii na ,,kiwerze” (,,dziwnej czapce”), brak ,,carskiego oka” (kokardy w barwach flagi rosyjskiej), brak orła rosyjskiego z mniejszym orłem polskim na piersi, jak u ,,normalnych” żołnierzy wojsk Królestwa Polskiego pod berłem Imperatora Wszechrosji. Jednostki gwardyjskie kierowano do najtrudniejszych operacji. Do tego w ręku dzierży tzw. ,,dragonkę” – szablę dragonów wzór 1908 r. To kawalerzysta – konny wojownik, szermierz.

Jak relikwię przechowuję jego list z frontu z 4 marca 1915 roku. Z tego listu czerpię niezachwianą pewność, że żadna idea, przekonania, wzniosłe frazy, w które ubrana jest polityka, ojczyzna w której ciągle chcą wyrównania rachunku krzywd – nie są warte wojny. Bo życie jest wartością największą, a wojna to nie bohaterskie dzieło, wielkie czyny i lśniące pagony. Wojna to brud, wszy i choroby, strach i obłęd, ból i na zawsze zmieniona psychika. A pierwsza wojna była tak szczególna, że – jak twierdzą znawcy – chociaż ustały działania, to ona trwa do dziś…

Ktoś zarzuci mi może brak patriotyzmu, bo na dźwięk trąbki nie chwytam za szabelkę, bo o miłości ojczyzny nie głoszę banałów (których pełen był wczorajszy koncert, jakby zapomniano, że od wzniosłości do śmieszności jeden krok), bo z dystansem obserwuję przepychanki racji jednych, drugich i trzecich. I milczę – zalecając to także Bezterminowemu Narzeczonemu, który gadaniem zamierza przerobić świat.

Ale ja nie potrzebuję mieć racji, oklasków i lajków. Będę patrzeć i milczeć, bo słowa bardzo potaniały, od kiedy można je głosić bez obawy o konsekwencje. Mój patriotyzm ma maleńki wymiar, po prostu wróciłam tu, gdy inni zostawali tam, za oceanem. Ojciec tylko popatrzył wówczas na mnie i pokręcił głową…

Odcyfrowanie i przetłumaczenie treści listu zajęło mi trochę – Pradziad posługiwał się grażdanką. Oto fragment…

 „Kochana Soniu,

najpierw bez zwłoki spieszę zawiadomić cię mój najdroższy Koteczku, że ja – z łaski Boga żywy i zdrowy, czego i tobie z duszy życzę. Najdroższa Sonieczko, zawiadamiam cię, że my stoimy już z tydzień na pozycji w jednym miejscu. Bój idzie silny, ciężki, tak że my liczymy życie nie na dni, a godziny. Ilu jest zabitych, że ja tobie i powiedzieć nie mogę, tak jak w lesie szyszki, to tak na polu zabitych ludzi leży.

Walki trwają dzień i noc.

Ukochana moja Żono, dlaczego listów od ciebie nie dostaję. Ja bardzo tęsknię za wami. Pisz częściej, pisz, jak zdrowie naszych dzieci, nie krzywdzą was tam kochanych?

Zawiadamiam cię, że w naszej brygadzie w 6 baterii zabiło dowódcę.

7 dób stoimy na pozycji i żyjemy w okopach.

Bądźcie zdrowi. Nie zapominajcie o mnie i często módlcie się za mnie, Bogu polecajcie. (…)

Twój kochający Sasza.

Sto lat… to naprawdę niewiele, tylko cztery pokolenia…

Doznając uczuć

Cherymoja. Nabyłam drogą kupna i niewielkim nakładem środków ten południowoamerykański owoc, niespecjalnie przekonana do jego walorów smakowych, ale żeby mieć zdanie, trzeba spróbować – tak twierdził mój Tato wciskając mi pierwsze w życiu małże. Spróbowałam. Policzyłam za dwa razy – pierwszy i ostatni. Podobnie miałam z mango, maracują i żółtymi melonami. Nie moje to smaki, a ponadto cherymoja ma dość osobliwą konsystencję miąższu, skojarzenie natychmiastowe z treścią ulewaną przez niemowlaka. Taki budyń w kolorze brudnego mleka… Ale – co kto lubi…

Zdecydowanie wolę nasze gruszki – surowe i na wszelkie możliwe sposoby przetworzone, w czym celuje moja Niezrównana Ciotka, posiadaczka dwóch grusz, drzew dostojnych prawie stuletnich, o owocach, jakich już nie uświadczysz w nowoczesnych sadach. Ciotka robi z nich – między innymi – coś na kształt konfitury, ale gęstej, i nazywa to „coś do chleba, z gruszek”. Pożeram to głównie do naleśników z serem, bo do chleba to aż szkoda… Bo w moim przypadku sprawdza się co do joty mądrość, że jeść należy to, co rośnie i hoduje się tradycyjnie w obrębie zamieszkania, w promieniu tak do 300 kilometrów. Toteż banany smakowały mi tylko, gdy mieszkałam (czas jakiś) w Afryce. W ogrodzie mojego wujka Cześka (my Europejczycy mamy nieznośną potrzebę zakładania ogrodów wszędzie, gdzie tylko coś zechce żyć) rósł okazały bananowiec, śmieszny krzew ze „świecznikami” owoców. Tak, tak, kiście bananów rosną ku górze i wyglądają, jak zwężający się wielopiętrowy świecznik. Kto jadł banana prosto z krzaka, zerwanego w fazie dojrzałej, ten rozumie, o czym mówię. Nic w nim z zatykającej, kartoflanej papki…

Ciocia Mary – wołaliśmy na nią Maryna (poślubiona wujkowi, lotnikowi dywizjonu 301, Angielka) – najbardziej lubiła swoje drzewo pomarańczowe królujące nad trawnikiem. Trawnik był – słuszniej będzie powiedzieć bywał – zielony przez krótki czas, bo chociaż wujostwo mieszkali na zachodnim wybrzeżu, nad samym Atlantykiem (okolice Lagos), to wilgoci w porze suchej było mało, a podlewanie nie było tam i wtedy dobrze widziane. Drzewo Cioci Maryny kwitło, kiedy przyjechałyśmy z mamą tak jakoś w listopadzie. Pachniało niemożliwie pięknie, a kwiaty… Nic dziwnego, że stanowią podstawę amerykańskich ślubnych bukietów. Owoce były mało jadalne, bo gorzkie i włókniste. W czasach PRL-u importowano w okolicy świąt afrykańskie pomarańcze. Nie nadawały się do niczego poza wyciskaniem… Bo te najlepsze pomarańcze pochodzą z Izraela, ale my z Izraelem nie najlepsze mieliśmy wówczas stosunki. Wracając do ogrodu – mnie zdumiewały rosnące dosłownie wszędzie hibiskusy, wielkie, na trzy metry wysokie i obsypane ogromnymi kwiatami w kolorach do wyboru – od kremowego przez wszelkie odcienie pomarańczowego, czerwieni, fioletu po bordo czarne niemal. Nosiłyśmy je zatknięte nad uchem przez calutki dzień, wymieniając gdy zwiędły lub znudził nam się kolor. Hibiskus, znany w wersji doniczkowej także jako róża chińska, rośnie u mnie na parapecie przez trzy tygodnie, po czym pada nieodmiennie.

Spróbowałam w swoim życiu wielu egzotycznych owoców w ich miejscu dojrzewania. Najbardziej smakowały mi świeże figi w Grecji, ale Czytelnicy wcześniejszych felietonów wiedzą, że to działo się za sprawą wielkiej miłości, więc wybór mało obiektywny, bo kubki smakowe otępiałe, ale pozostanie już niezmienny. Tam też, na agorze w Atenach jadłam najlepszą bułkę sezamową z szynką, jajkiem i pomidorem. Chociaż uliczne kanapki najwyborniej smakują na paryskiej ulicy – pół bagietki napchanej wszystkim, chociaż nazywa się, że avec fromage ou jambon.

O tych owocach miało być tytułem wstępu, bo cherymoja kupiona została przy okazji, kiedy poszłam po bukiecik różyczek i czekoladki dla Pani Agnieszki, lekarki, jedynej takiej, co dla pacjenta ma czas i współczucie, mimo tej całej biurokracji, którą odpracowuje po godzinach przyjęć. Jest jak te grusze w ogrodzie Ciotki – szlachetna, mądra i dobra, takiej dziś ze świecą szukać.

Obca strona

Rozmawiali ze sobą na tyle głośno, że zwrócili uwagę kilku siedzących tu osób. Skąpe promienie słońca z trudem przeciskały się pomiędzy wysokimi budynkami, ale i te nieliczne skutecznie rozświetlały niewielki taras kawiarenki przy platformie peronu kolejki. Siwowłosy mężczyzna z pobłażaniem spojrzał znad okularów na roześmianą parę. Co to za język? Polski, rosyjski? Nie, raczej nie, może bułgarski… Dziewczyna była ładna, wręcz urocza w kwiaciastej sukience, której fason wyszedł z mody jeszcze w latach pięćdziesiątych. Chłopak jak chłopak, uśmiechał się szeroko ukazując nieskazitelnie białe zęby i mrużył oczy, które zdawały się zawierać wszystkie obietnice świata. Ona, żywo gestykulując parasolką w grochy, krzyknęła wesoło i już nie mówiła lecz śpiewała do chłopaka, a ten, zupełnie nie zbity z tropu – podjął grę. Śpiewali tak do siebie, to łącząc, to rozdzielając głosy, czym zwrócili uwagę już niemal wszystkich gości. Młodzi kontynuowali śpiewny duet, który teraz niewątpliwie pochodził z jakiegoś filmu czy musicalu. Niespodziewanie zrobiło się pięknie, zniknął gdzieś kurz i hałas ulicy, zatrzymali się przechodnie… Dziewczyna wirowała między stolikami wyciągając rękę do chłopaka. Wskazała palcem poza niego i wtedy dołączył jeszcze jeden głos. Czarnoskóry chłopak stał dotąd niezauważony, nonszalancko oparty o balustradę, teraz ruszył śladem dziewczyny śpiewając z kapeluszem w ręce. Posypały się drobne. Dziewczyna ukłoniła się wdzięcznie otwierając parasolkę w grochy. Zbiegli schodami na ulicę mieszając się ze spieszącymi nie wiadomo dokąd przechodniami. Na taras kawiarenki powrócił gwar i tylko siwy pan głośno klaskał w ręce, odłożywszy czytaną gazetę…Ach, Nowy Jork, Nowy Jork… nigdy niezasypiające miasto…

A w moim ogródku już jesień. Posprzątałam liście – nie było ich znowu tak dużo, wszak „ogródek” ma raptem siedem metrów, ale bieganie z trzeciego piętra na dół, do śmietnika, trochę mnie umęczyło. I opróżnione skrzynki i donice do piwnicy, jeszcze niżej. Ustawiłam karmnik dla wróbli i poidełko, bo ta „głodna Litwa” już od kilku dni zagląda mi z wyraźną pretensją do mieszkania… Jeszcze jest ciepło, pewnie na łąkach i polach znalazłoby się coś do jedzenia, ale wróble to cwane leniuchy, a ja mam do nich słabość. Teraz właśnie zwołały sejmik na czerwonym klonie pod oknem i omawiają pewnie strategię na jesień bo hałas niemożliwy. Jak na ulicach Nowego Jorku…

Nie lubię Nowego Jorku. Za wielki, za wysoki, zbyt obcy, zbyt pospieszny. Przyciąga i odpycha jednocześnie, bo niewątpliwie jest pełen jakiejś magii. Pojechałabym natomiast do Paryża, tam czuję się u siebie. Nawet do Berlina… Bo poza moim ogródkiem mój kraj staje się coraz bardziej nie mój…

pomidorki

Niezbędnik domowy z przepisem na chleb

Będąc w piątek na zakupach pamiętałam, że skończył mi się suchy zakwas na chleb, ale do sklepu, w którym jest dostępny, nie było mi po drodze. W sobotę  już od rana pojechaliśmy z Bezterminowym Narzeczonym nad morze („od rana” w przypadku BeNa to jest tak około godzin południowych) i wróciliśmy za późno, więc w poniedziałek ratowaliśmy się pieczywem z Lidla. Nie lubię chleba ze sklepu, a prawdziwych piekarni nie ma w mojej okolicy, zaś te które są, oferują gnioty zupełnie niejadalne. Chcąc nie chcąc więc porządek dzisiejszego dnia rozpoczynała wizyta w centrum miasta, a potem marszruta wyznaczana „przy okazji”, bo skoro już tu jestem…

Rozglądając się za miejscem parkingowym myślałam sobie, jakim to wielofunkcyjnym stworzeniem jest kobieta i kombinowałam, jak te funkcje uszeregować. Nie spowodowałam zagrożenia w ruchu, bo podzielność uwagi daną mam od stwórcy, a zdaniem Bezterminowego jestem kierowcą, nie babą za kierownicą, więc pogodziłam jedno z drugim i wcisnęłam się zgrabnie na niebieską kopertę. Mam na nią papiery, ale i tak zawsze towarzyszą mi podejrzliwe spojrzenia.

Wracałam ze sklepu „przez Pekin”, czyli zahaczając o cmentarz, bo brat zlecił renowację pomnika Dziadków i pan fachowiec zameldował wykonanie – musiałam obejrzeć i – ku radości mojej duszy – rzetelna robota za cenę do przyjęcia. Skoro jechałam Autostradą Poznańską, czyli drogą przez lasy komunalne okalające miasto od zachodu, to już całkiem po drodze było centrum handlowe, więc wydałam pieniądze, których ostatnio nie mam. Między innymi nabyłam dwa pojemniki na kwiaty balkonowe – takie wiaderka z hakiem – które potrzebne mi będą dopiero na wiosnę, Ale na wiosnę to ich nie będzie, a nawet jeśli będą – to przecież nie przecenione…

Nadal kombinując o wielofunkcyjności kobiety zagniotłam ciasto na chleb przy pomocy miksera (moja Mama powiedziałaby, że „zakręciłam ciasto”), włożyłam do foremki do wyrośnięcia i oddałam się filiżance kawy, bo to przyjemność, której się nie wyrzeknę, zwłaszcza od momentu kiedy amerykańscy naukowcy dowiedli, że ma ona więcej dobroczynnego wpływu na człowieka (i kobietę też) niż szkodliwości. Kawa rozjaśnia umysł, pobudza synapsy, więc kategorie funkcji mnożyły mi się i mnożyły, aż w końcu stwierdziłam, że kobieta jest istotą niezastąpioną. Zwyczajnie. Nakarmi, opierze, uprzątnie. Upiecze, znów nakarmi, kwiatkami obsadzi, samochód umyje. Zakupy zrobi i resztę przyniesie. Znajdzie, co się zgubiło, naprawi, co się zepsuło (pod warunkiem, że to elektryka tylko, bo zamka w drzwiach już nie). Uszyje, ugotuje, nakarmi po raz kolejny, a w międzyczasie urodzi i wychowa, ba, na ludzi wyprowadzi… I jeszcze szkoły pokończy, doktoraty zrobi albo przynajmniej magisterkę i nawet kawałek zawodowej kariery za pieniądze. Żaden koń tego nie potrafi. A ten co by potrafił, to na samą wieść, że jutro ma orać pod górę, w stodole się powiesił…

I tak oto wykazałam wyższość kobiety nad koniem, a przepis na chleb poniżej. A przy okazji, ponieważ zaraz będzie zima, to pamiętajcie – nie uczcie męża jeździć na nartach. Jak się już nauczy, pojedzie sam w Alpy i tam sobie znajdzie nowszy model.

Na chleb pszenno – żytni potrzebujemy: 150 g mąki żytniej typ 850 oraz pszennej chlebowej typ 1050 (z Lidla) 350 g, 15 g (pół torebki) żytniego zakwasu w proszku (używam niemieckiego firmy Biovegan GmbH), drożdży suszonych – torebka 8 g, oraz dwie płaskie łyżeczki soli, 400 ml ciepłej wody z rozpuszczoną w niej łyżką słodu jęczmiennego lub melasy trzcinowej, na koniec dwie łyżeczki oliwy z oliwek.

Suche składniki dokładnie mieszamy w misce. Wlewamy wodę, zarabiamy ciasto i wyrabiamy na gładką masę (mieszakami miksera) około 10 minut. Dodajemy oliwę (trzyma wilgoć w chlebie) i jeszcze chwilę wyrabiamy, aż się dokładnie wchłonie, a ciasto odstaje od miski. Foremkę (keksówkę, 35 cm) smarujemy oliwą lub dobrą margaryną, dno wysypujemy sezamem (dowolnie wg upodobań, można płatkami owsianymi, ziarnem słonecznika itp.) i odrobiną czarnuszki. Wkładamy ciasto (mokrą ręką, żeby się nie kleiło) wygładzamy wierzch i zostawiamy do wyrośnięcia na ok. 40 minut. Ciasto wypełnia foremkę do połowy, a wyrośnie ponad krawędź. Jeśli wyrośnie zbyt wysoko – delikatnie należy postukać palcem wzdłuż boku, by nieco opadło. Piec w 180 stopniach przez 40 minut, do godziny – upieczony chleb odstaje od boków foremki. Zostawić w wyłączonym i otwartym piekarniku jeszcze 10 minut. Wyłożyć na deskę i ostudzić. Nigdy nie jeść gorącego chleba! Żołądek źle znosi takie wyzwania. A zepsuty wielofunkcyjny niezbędnik domowy zostanie wymieniony na nowy nawet bez nauki jazdy na nartach. Powodzenia.

chleb

Kto dziś płacze na Campo di Fiori

Lato dobiegło końca. Za moim oknem przedwczoraj – gwałtownie i niespodziewanie. Od rana było słońce i upał 26 stopni, po czym około piątej po południu nadszedł żółty tuman zasłaniając słońce i przyniósł wściekły wiatr. Zrobiło się ciemno, a temperatura spadła w ciągu godziny o 15 stopni. Wiatr poprzestawiał na balkonie korytka z pelargoniami – z parapetów na podłogę, pomidory przygiął niemal do ziemi, zdjął wszystkie (czerwone już) listki z winorośli. I na koniec lunął zimnym deszczem w dopiero co umyte okna. Żadnego pożytku z takiego końca lata. Bo samo lato było przecież w tym roku przepiękne.

Skoro było lato, to były wakacje. Wprawdzie ja mam wakacje okrągły rok, ale te prawdziwe liczą się na urlopowym wyjeździe. Bezterminowy Narzeczony cały rok akademicki pracuje jak jakaś mrówka, w lipcu pełni funkcję i trzyma na barkach katedrę – szczęście, że nie gotycką – za to w sierpniu ruszamy w drogę. I mamy tak od ładnych parunastu lat. Kierunek też powtarzalny, bo nasza ulubiona Francja wielka jest, piękna, różnorodna krajobrazowo i kulturowo, życia będzie mało, żeby poznać wszystko. W tym roku podróż była sentymentalna – na piętnastolecie związku – w miejsce sprzed piętnastu lat. Normandia. Cabourg. Tam pojechaliśmy do Francji po raz pierwszy razem, zakochani i szczęśliwi, zadowoleni ze wszystkiego, co przynosił dzień, wolni od roszczeń wobec siebie i całego świata… Coś się zmieniło?

Panta rhei. Wszystko się zmienia, a lepsze jest wrogiem dobrego. I tak z roku na rok mieszkania w Intrhome coraz gorzej trzymają standardy – jest brudno (stary brud na sprzętach, oknach, ścianach…) i coraz bardziej beztroscy młodzi ludzie pracują w jego biurach, ale za to jest coraz drożej. Francuskie gminy wszędzie szukają pieniędzy, więc podejrzewamy z BeeNem, że niedługo trzeba będzie płacić także za wejście na cmentarz. Miejsce lądowania aliantów przy moście Pegasus ogołocono z makiet szybowców i wraku czołgu organizując tuż obok „muzeum” lądowania z makietami i modelem mostu (niemal naturalnej wielkości). Wstęp – 8,50 euro. Nie tylko my odeszliśmy zniesmaczeni. A to nie jedyny przykład. Bunkry i inne niemieckie umocnienia są pozamykane i opatrzone tabliczkami informującymi o różnych niebezpieczeństwach czyhających na ciekawych. Cóż, taniej ogrodzić niż zadbać o te szczególne i ważne pamiątki wojny. Ale chyba to moja Niezrównana Ciotka ma rację, mówiąc – kiedy jej o tym opowiadałam – że ostatnie pokolenie, dla którego te miejsca coś znaczą, to pokolenie wnuków uczestników, bo otrzymały bezpośredni, emocjonalny przekaz. Dla następnych to już tylko suchy tekst z kart książki do historii. Prawda. Kto dziś płacze na Campo di Fiori?

Nie rozczarowało nas to, co niezmienne: morze, zachody słońca na plaży, świeża bagietka ciągle po 90 centów, świeże krewetki i mule, wyśmienite wino za 6 euro i ulubiony flan Bezterminowego. I my ze sobą, może mniej cierpliwi, ale ciągle na siebie otwarci i podobnie patrzący na świat. Zachwycił nas sposób pokazania tkaniny z Bayeux – oryginał za szybą pancerną, piętro wyżej jego odwzorowanie z tłumaczeniem łacińskich napisów oraz licznymi wyjaśnieniami, omówieniem i przypisami. Znakomita lekcja historii z filmem „ożywiającym” z tkaniny bitwę pod Hastings – na koniec.

Dziewięć pogodnych dni zwiedzania i odwiedzania miejsc już znanych ale obowiązkowych – Caen, Bayeux, Colleville-sur-Mer, Deauville, Trouville-sur-Mer, plaże Utah, Omaha, Arromanches i wszystkie nadmorskie miasteczka po drodze – dwa dni plażowania nad odpływającym morzem (dokładnie to Kanał La Manche) i przyszła pora wracać.

Jednak to nie koniec naszych wakacji, bo te nie liczyłyby się bez Kościeliska. Tydzień pogody jak w środku lata, lenistwo na leżaku z widokiem na Giewont, para sójek bezczelnie zżerająca ostatnie śliwki z drzewa tuż obok. Spotkania z przyjaciółmi i znajomymi z TPN-u i trzy dni intensywnego chodzenia po górach z naszą serdeczną koleżanką Edzią, która specjalnie dla nas przyjechała w tym samym czasie.

Dziś zaczęła się astronomiczna jesień, jakże zgodnie z tym, co za oknem. Wprawdzie jeszcze na drzewach są liście, świeci słońce, ale chłodno już i noce całkiem są zimne. Kolejny rok zmierza ku końcowi i już za chwilę zniknie w czasie minionym zostawiając garść wspomnień i żadnego powodu do łez…

Normandia_2018_082